poniedziałek, 6 lipca 2015

Dzień szósty w dniu Księżyca - tarotowy początek

Dawno, dawno temu, wśród bieszczadzkich szczytów, trafiła mi w ręce moja pierwsza talia tarota. Rok 1999. Dziwny czas, pamiętam, że panował wtedy jakiś irracjonalny lęk przed rokiem 2000 i tym, że komputery zwariują. Miałam wtedy takie tranzyty Urana jak teraz, tylko że koniunkcje, teraz mam sekstyle (i trygon), bardzo ciekawa ta rytmiczność i cykliczność Kosmosu. Wtedy nie sięgnęłam do astrologii, bo wydała mi się jakaś pogmatwana, za dużo było w niej wszystkiego, obliczenia, tranzyty, kto to w ogóle ogarnie. Nie to, co tarot. Obraz, przekaz, wszystko na swoim miejscu. Odkąd pamiętam pociągało mnie to, co tajemnicze, paranormalne, niekonwencjonalne. Zaczęłam sama się uczyć medytacji w wieku 10 lat. Ale pierwsza talia pojawiła się, gdy miałam 13 lat. Well, kiedy nadchodzi wiosna, trawa rośnie sama... :)
I miałam tę swoją talię Jana Witolda Suligi, wykonaną przez Jana Opalińskiego. Cieniutki papier, słaba jakość, ale wyraziste obrazy i sceny. Niepokojące i fascynujące. Zrobiłam sobie też wtedy pierwsze runy na kamieniach, już ich nie mam. Jakiś czas potem zrobiłam drugie runy, ale na papierze. Tylko nie zwykłym, a porządnym, gruboziarnistym papierze do malowania akwarelami. I podobnie jak talia Suligi, tak i te karty runiczne są ze mną zawsze od lat. Nawet w momentach, gdy odstawiałam na bok ezoterykę.
A miałam okres, że cokolwiek miało związek z ezoteryką poszło na śmietnik. Oprócz talii Suligi i kart runicznych. Po tylu przeprowadzkach, przy których zgubiłam masę rzeczy najróżniejszych, ta talia zawsze była ze mną. Zawinięta w kawałek czarnego, sztruksowego materiału, ukryta gdzieś w pudłach na dnie szafy, ale nigdy się nie zgubiła. Przetarta, pożółkła, zniszczona, ale czasem po nią sięgam. Nie mogłabym inaczej.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 44 Odcienie Tarota , Blogger