środa, 16 listopada 2016

Nie pozwolisz żyć czarownicy. Czyli o grupowych fobiach.


Chciałabym by dzisiejszy felieton nie ociekał patosem niczym frytka tłuszczem, ale zobaczymy ile uda się zdziałać w tej kwestii. Bo to sprawa dosyć istotna, która chodzi za mną od wakacyjnej pełni w Koziorożcu. 

Od dawna zastanawia mnie lęk przed okultyzmem, czy ogólnie ezoteryką. Niektórzy twierdzą, że to narzędzia, nad którymi pieczę sprawuje sam Szatan. Najbardziej mnie dziwi, gdy słyszę takie komentarze, lub nieco podobne, padające z ust...samych ezoteryków. Szczególnie tutaj okultyzm się kojarzy z czymś takim lepkim, prawie satanizmem, a już na pewno ze składaniem ofiar z małych, słodkich kotków na cmentarzu w środku nocy. Mamy podział na Jasną Stronę Mocy i Ciemną, a to wszystko, co przynależy do tej drugiej jest nekromancją, Belzebubem i zabawą z demonami. A przynajmniej tak twierdzą zwolennicy Jasnej Strony Mocy.
Wiecie, jestem już zmęczona tą dychotomiczną narracją mającą korzenie w tradycji judeo-chrześcijańskiej. Mamy Światło i mamy Ciemność. Takie to proste. Ale czekajcie, zaraz zaraz, czy czasem Archanioły nie są tak naprawdę okrutnym wojskiem Jahwe uzbrojonym po zęby? A Lucyfer nie był pierwszą siłą buntującą się by dać ludzkości światło? Może lepiej nie wnikać w detale, bo zaburzy to nasz obraz świata i co wtedy.

Nie mam żadnej odpowiedzi zero-jedynkowej. Bo rzeczywistość nie jest czarno biała. Tylko dlaczego dostaje się po dupie Bogu ducha winnym tarocistom? Czy za tarotem stoi wielki, przepotężny demon, który odpowiada tarocistom na ich pytania i to od niego czerpią oni swoją wiedzę? Zaraz, zaraz, znam skądś ten argument. Sformułował go żyjący na przełomie IV i V w. wielki teolog i filozof, święty Augustyn. W tamtych czasach Kościół miał problem z magią. Ale nie z każdą, tylko z taką, którą uważano za demoniczną. Astrologia, będąca wówczas synonimem astronomii, radziła sobie całkiem nieźle. Wprawdzie prognozowanie było już na krawędzi demoniczności, ale medyczna czy astrometeorologia, czy mundalna, były powszechne i cenione przez ojców Kościoła. Magia naturalna również pełniła ważną funkcję i była szanowana. Dopiero tam, gdzie wchodziły w grę konotacje z nieczystymi siłami pojawiały się wątpliwości.
Stygmatyzacja magii mocniej wiąże się z wiekiem XV i rozwijającym się protestantyzmem. To właśnie ten odłam chrześcijaństwa wprowadził najwięcej zamieszania w świecie ezoteryki i ma na koncie najwięcej magicznych istnień. Wówczas zaczęło się rozwijać zjawisko „diabolizacji” czarownicy. Chrześcijaństwo by uchronić się i umocnić swą pozycję, negowało i przedstawiało jako ciemne, to co mogło je osłabić. Widać to szczególnie, gdy spojrzymy na to, co wyrabiali misjonarze. W ich relacjach obce kultury były niskie i prymitywne, a chrześcijaństwo oczywiście lepsze. W tych narracjach nie ma jednak traktowania magii jako nieprawdziwej, a zakłada się, że ona istnieje i ma potężną moc, której na dodatek należy się bać. 

Proces stygmatyzacji i diabolizacji magii osiągnął punkt kulminacyjny w XVII wieku. Nie dość, że ezoterykom dostało się od Kościoła (indeks ksiąg zakazanych, pogromy), to jeszcze świat nauki pokazał Wiedzy Tajemnej środkowy palec. Nauka odwróciła się od ezoteryki, z którą łączyła ją wcześniej symbiotyczna więź. Badacze stwierdzili, że empiryzm, racjonalizm i sceptycyzm to jest najważniejszy dogmat. To oczywiście są bardzo skomplikowane procesy, a ja staram się je ścisnąć w trzech zdaniach, co jest tak trudne jak pakowanie walizki, do której chcemy wszystko upchnąć, a ona już dawno się nie zamyka.
Te procesy bardzo mocno naznaczyły nasze potoczne myślenie o magii i czarach. Mimo, iż nieświadomie część z ludzi ma w swoim życiu elementy rytuałów, o których może sobie nawet nie zdaje sprawy („odpukać w niemalowane”, „tfu tfu na psa uroki”), to jednak magia kojarzona jest z zabobonem lub demonem. Nie jest czymś naturalnym, tylko paranormalnym, nadnaturalnym, obcym, pogańskim – to jest dyskurs niszczący magię, którym od wieków byliśmy faszerowani jak kaczki, z którym ma być foie gras. I takie myślenie jest bardzo ciężko wykorzenić i przyjąć, że jest to coś naturalnego i oczywistego. Stąd już tylko krok od zbiorowej fobii i potępiania tego, co nie pasuje nam do naszej wizji świata. Krok od rąbania kart tarota siekierą, czy od bojkotowania czyjegoś wykładu. 

Można zrozumieć skąd się biorą te lęki i jak głęboko są w ludziach zaszczepione. Tak jest z lękiem dotyczącym magii, czy tarota. Ale nie oznacza to, że przekonania powodujące te emocje są prawdziwe. Zapieram się nogami i rękami by unikać wchodzenia w metafizykę i kwestię istnienia demonów. Serio. Powiem tyle: tarot to nie są tylko karty. Nie. To dużo więcej. Możemy polecieć Jungiem i powiedzieć, że skoro widzisz w tarocie demona, to znaczy, że projektujesz na niego swoje własne śmieci mentalne. Możemy polecieć Freudem i powiedzieć, że skoro widzisz w tarocie demona, to za mało dostałeś w dzieciństwie miłości od matki. Możemy polecieć też Buddhą i powiedzieć, że wszystko jest wytworem umysłu, a demony nie istnieją od niego niezależnie. Możemy też polecieć Kantem i powiedzieć, że to wszystko bzdury.
Niezależnie od tego, którą narracje wybierzemy, powinniśmy pamiętać, że to tylko model, a nie jedyna obowiązująca prawda, którą należy narzucić innym. A najlepszą ochroną przed demonami jest śmiech, dystans i nie wierzenie, że one istnieją.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 44 Odcienie Tarota , Blogger